Ogień, ziemia, woda i powietrze. W uniwersum win Ploder-Rosenberg

Degustując cztery świetne pomarańczowe wina Ploder-Rosenberg z austriackiej Styrii, których próbowałam w trakcie ostatniej edycji VieVinum w Wiedniu, przypomniałam sobie o „Kapitanie Planeta”. Każde wino nosi nazwę jednego z czterech żywiołów. Ktoś mógłby powiedzieć, że w tym kwartecie brakowało tylko Serca (pamiętacie tę scenę ratowania małpki z płomieni?), jednak Powietrze, Ogień, Woda i Ziemia dawały poczucie pełni i absolutnej kompletności.

Nie napisałam na blogu żadnego tekstu przez ponad trzy miesiące. Olga Tokarczuk powiedziała niedawno: „Wobec przemocy, śmierci, cierpnie wyobraźnia. Jako pisarka kapituluję”. 24 lutego 2022 roku ja też skapitulowałam. Bo jak tu pisać teksty o przyjemnościach życia, skoro tuż obok giną niewinni ludzie? Ograniczałam się do relacji na Facebooku i Instagramie, dając czasem znaki, że jestem, żyję i degustuję.

A degustowałam niemało, choć ze ściśniętym gardłem i z poczuciem winy. Z czasem jednak nabrałam przekonania, że jeżeli będziemy słabi i przygnębieni, to na nic się zdamy tym, którzy potrzebują naszej pomocy. Spotykałam się więc z przyjaciółmi na wino i chodziłam na degustacje, żeby jakoś trzymać psychiczny pion. Przez moje kubki smakowe przetoczyło się mnóstwo win, zwłaszcza tych z Austrii.

Ploder-Rosenberg – żywioły i esperanto

Moje pierwsze spotkanie z pomarańczami, które w południowo-wschodniej Styrii tłoczy rodzina Ploderów, miało miejsce w trakcie wiedeńskiej edycji Orange Wine Festivalu w 2018 roku. W moim subiektywnym rankingu okazały się jednymi z najlepszych.

Poniższa czwórka należy do linii „archaicznej” – winifikacja odbywa się po staremu, w gruzińskich kwewri (około rok), maceracja na skórkach trwa 120-150 dni. Następnie wina dojrzewają na osadzie z droższy w glinianych owalnych „jajkach” i czasem w akacjowych beczkach. Win się nie filtruje, a w razie potrzeby – symbolicznie siarkuje.

Ploder-Rosenberg wines
Wina-żywioły od Ploder-Rosenberg / fot. Iza Popko

Na początek Manuel Ploder polał mi Aero*, czyli Powietrze. Mieszanka muscarisa, gelbera traminera, sauvignon blanc i gelbera muscatellera była lekka i przestrzenna, z każdym łykiem unosiła nad ziemią o kolejne 15 centymetrów. Po Powietrzu przyszedł czas na Fejro*, czyli Ogień. Pełen energii, zaczepny i lekko pikantny kupaż souvignier gris, chardonnay i sauvignon blanc rozgrzał serce i rozjaśnił umysł. Migotliwą energię Fejro ostudziło Maro*, czyli Woda. Grüner veltliner z dodatkiem hybrydy o nazwie bronner był potoczysty i chłodny jak wartki górski strumień. Na dostałam próbkę Tero*, czyli Ziemi. Miks mniej więcej dwóch równych części sauvignon blanc i souvignier gris okazał się najbardziej strukturalny, ściółkowo-ziemisty, down to earth, ale w żadnym razie nie przyziemny.

Spotykając się ponownie z tymi winami po paru latach, poczułam przypływ wytęsknionej inspiracji – i ogromną ulgę. Ścierpnięty mózg ożył, a ścisk w gardle zelżał. Coś nareszcie zaskoczyło w mojej głowie. Każde z tych czterech win było osobne i treściwe, a zarazem nienachalne i – co najważniejsze – niesamowicie dobrze się pijące. Trudno było mi stwierdzić tamtego dnia, które z nich smakowało mi najbardziej. Manuel powiedział mi wtedy oczywistą prawdę:

– Wszystko zależy od dnia, pory dnia i twojego samopoczucia. Tego, jakiego rodzaju energii potrzebuje w danym momencie twoje ciało. Ale przyjdź jutro albo pojutrze, bo dziś niektóre z tych win potrzebują trochę powietrza.

Wróciłam do stołu Manuela trzeciego dnia po południu, kiedy wina już dobrze odetchnęły, i znów spróbowałam całej czwórki. I rzeczywiście, warto było dać im trochę czasu –parę godzin od otwarcia, wina pokazały bardziej wyrazisty charakter, a ja znalazłam swojego faworyta.

– Dziś najchętniej napiłabym się Wody – powiedziałam cokolwiek zmęczona. To był ostatni dzień targów. Manuel uśmiechnął się i nalał mi do kieliszka szczodrą porcję austriackiej mineralki.

Ogród – jak nazywają swoją winnicę Ploderowie – leży w sercu styryjskiego Vulkanlandu, około 50 kilometrów na południowy wschód od Grazu, dosłownie kilka kilometrów przed granicą ze Słowenią. Ścierają się tu wpływy klimatu śródziemnomorskiego i suchego kontynentalnego. Winorośl rośnie na glebie, w której dużo się dzieje: piaszczystej glinie towarzyszą między innymi żwiry, pamiątki po znajdujących się tu kiedyś wulkanach i inne skałki. Ploderowie uprawiają kilkanaście odmian białych (m.in. sauvignon blanc, chardonnay, grüner veltliner, weiss- i grauburgunder oraz kilka hybryd) i czerwonych (zweigelt, pinot noir). Powstają z nich między innymi te cztery kupaże, w których bardziej niż charakterystyka szczepów do głosu dochodzi styl, dla którego inspiracją była swoista energia żywiołów.

A wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Wina od Ploder Rosenberg już na jesieni pojawią się w Polsce. Ptaszki śpiewają ;)

* Ciekawostka: nazwy win zaczerpnięto z języka esperanto, który ponad sto lat temu wymyślił mój krajan, Ludwik Zamenhof z Białegostoku. Takie rzeczy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: