„Luzjady”, czyli Bachusa TRUDY

Długo nie widzieliśmy się z Bachusem. Nasz poczciwy bóg wina, starając się utrzymać swoją strefę wpływów w Indiach i polityczne status quo, próbował powstrzymać kolonialne ambicje Portugalczyków. Epos opiewa wydarzenia, które działy się w latach 1597-1599. Co tu się, w tych „Luzjadach”, to ja nawet nie!

Luzjady
Strona tytułowa pierwszego wydania „Luzjad” z 1572 r.

„Dziwni ci Luzowie. Jacyś tacy wiecznie smutni i nostalgiczni. Co innego moi ukochani Frygijczycy albo jeszcze lepiej – Grecy! Oni to wiedzą, jak zrobić porządne wino i rozkręcić imprezę. A Luzowie? Ciągle ten smutek i tęsknota za… no właśnie, za czym?” – snuł leniwie myśli, rozglądając się, no właśnie, za czym?

– Aha. Assyrtiko – mruknął Bachus. Spojrzał mętnawym wzrokiem na resztki równie mętnawego wina, spoczywające na dnie kielicha. A zorientowawszy się, że oto porcja rześkiego macerowanego na skórkach assyrtiko ma się ku końcowi, szybko chwycił pękatą amforę i uzupełnił alarmujący brak kolejną porcją, bynajmniej nie degustacyjną. Wziął dużego łyka i zaczął snuć plan.

„Nie ma opcji, żeby oni osiedlili się w Indiach. Ja tam rządzę! Co prawda dobrych siedlisk jest tam jak na lekarstwo, ale mniejsza o to. Oni tam po prostu nie mogą się rozpanoszyć! Po pierwsze, nie umieją nawet zrobić porządnego wina z jednego szczepu. Od lat robią tylko te fikuśne mieszanki. Albo całe to vinho verde z ledwo dojrzałych gron. No kto to widział!”

„Po drugie” – myślał gorączkowo dalej Bachus, wiercąc się niespokojnie na bogato rzeźbionym, inkrustowanym złotem kline – „Luzowie są zbyt melancholijni i nieogarnięci. Już nawet ci niefrasobliwi Galowie są solidniejsi. Nie, tak nie będzie. Ale, ale, przecież oni już minęli Przylądek Dobrej Nadziei! Trzeba działać!”

I już miał się Bachus zrywać z leżanki, biec do swojej łodzi i działać, gdy nagle usłyszał głośny trzask. Oczom podchmielonego boga ukazało się dwoje jego wszędobylskiego rodzeństwa.

– Ale ty wiesz, że my ci na to nie pozwolimy, Bachu? – powiedział Mars, wyglądając – jak zawsze – dość groźnie. Stał bowiem – jak zawsze – w pełnym rynsztunku i ze wzrokiem tak świdrującym, że nawet bóstwo wolałoby poddać się i wywiesić białą flagę.
– Bachusiu, daj spokój. Niech dopłyną do tych Indii, niech zrobią dobry interes, może nawet jakieś winnice w dobrych miejscówkach posadzą… – powiedziała słodkim głosem Wenus, rozsiewając wokół siebie aromat róż i atmosferę miłości tak obezwładniającą, że na ułamek sekundy Bachusowi zmiękło serce. Otępiony siłą skumulowanych w jednym pomieszczeniu dwóch skrajnie przeciwnych energii bóstw miłości i wojny, dopiero po paru chwilach doszedł do siebie.
– Wy im sprzyjacie! – krzyknął rozgoryczony. – Zdrajcy, co wy sobie myślicie! – jego wściekłość rosła z sekundy na sekundę.
– Poczekaj, Bachus, uspokój się – Mars przerwał mu stanowczo, dziwiąc się w duchu, że prosi kogoś o spokój – całą naszą rodzinę bardzo interesuje, jak ten cały Vasco da Gama poradzi sobie na Oceanie Indyjskim. Czy w ogóle dopłynie do tych Indii. A jeżeli tak, to jak on tam sobie poradzi, w tym tropikalnym klimacie. Całej załogi zostało raptem kilka tuzinów, większość dostała szkorbutu. Ale ta odwaga, motywacja, no i zdolności dyplomatyczne! Wczoraj da Gamie udało się nawet przekonać Adamastora*, żeby uspokoił wody oceanu wokół Przylądka Dobrej Nadziei i przepuścić statek dalej! Nawet Minerva jest pod wrażeniem. Więc skoro udało im się minąć już półmetek, to sam przyznasz, że szkoda tak nagle chłopaków stopować, no nie?

Vasco da Gama i Adamastor, rycina z wydania „Luzjad” z 1837 r.

– No chyba ty! – w obecności starszego brata Bachus nigdy nie potrafił zdobyć się na błyskotliwą ripostę. Przy silnym, pewnym siebie Marsie zawsze jakoś tracił swój bachiczny animusz.
– Ja tam jestem pełna podziwu dla Luzów – powiedziała Wenus. – Osobiście wezmę ich pod swoją opiekę – ja i moje nimfy! – stwierdziła stanowczo. W jej oczach iskrzył się dziwny blask, którego Bachus dawno nie widział.

Tak naprawdę cały Olimp trzymał kciuki za Luzów. Po wizycie u Bachusa Mars ostatecznie utwierdził ich ojca, Jowisza, w przekonaniu, że Portugalczycy są warci tego, aby im sprzyjać,

„Ojcze nasz – rzecze – którego skinienie
Wszechświat przyjmuje z pokorą ochotną,
Jeśliś w tych ludziach sam niecił pragnienie,
By dalszych krain szukać nawą lotną.
Jeśli ich męstwo i pracę masz w cenie,
Czyliż ich wydasz na hańbę sromotną?
Niech sprawiedliwość posłuchu odmówi
W tak podejrzanej sprawie Bachusowi.

Zważ, że on w gniewie, a gniew często myli,
Zbytnia obawa umysł jego drażni;
Bo przeciw komu Bach walczy w tej chwii?
Wszak z ojcem Luzem w bratniej żył przyjaźni
Ale dozwólmy, niech się gniew przesili,
O losy Luzów nie zadrżę w bojaźni;
Nigdy zawiści Fatum nie dozwoli
Krzywdzić zasługę wbrew niebiosów woli.”

(Fragment „Luzjad”, tłum. Zofia Trzeszczkowska, wyd. Armoryka, Sandomierz 2013)

A Wenus? Miała wiele okazji, aby pomóc Luzom, bo zawzięty Bachus rzucał im pod nogi coraz to nowe przeszkody. Raz nawet, wysmarowawszy uprzednio całe ciało na niebiesko, objawił się hinduskim wróżbitom, których przekonał, że oto przybywa do ich kraju lud, który niechybnie przejmie władzę w ich kraju. Z tego też powodu przezorni Hindusi zamknęli Luzów na jakiś czas w niewoli.

Jednak w pewnym momencie permanentnie podchmielony, rozbiegany umysł Bachusa czegoś nie dopilnował. Wenus udało się uwolnić załogę Vasco da Gamy i zabrać ją na Cypr – jedną z jej słynnych wysp miłości. W owym czasie Wenus władała co najmniej kilkudziesięcioma takimi wysepkami, rozsianych na całym świecie. Żeglarze regularnie je odwiedzali.

Nimfa Thetis i Vasco da Gama, rycina z wydania „Luzjad” z 1837 r.

Dowiedziawszy się o transferze ekipy Vasco da Gamy na Cypr, Bachus potajemnie przypłynął na wyspę. Podkradł się do niewielkiej doliny, gdzie zauważył gromadkę Luzów, doskonale bawiącą się w towarzystwie pięknych nimf. W twarzy jednej z nich, trzymanej w objęciach przez rosłego, czarnowłosego marynarza, bóg wina rozpoznał Wenus.

„No to wszystko jasne. Ona już wcześniej upatrzyła sobie tego Luza, stąd ten upór…” – mruknął Bachus. – „Moja ty kochliwa siostrzyczko, że też sam na to nie wpadłem.”

– Sam widzisz, Bachu, oni jednak mają w sobie to coś – stwierdził Mars, który tym razem pojawił się obok Bachusa zupełnie bezgłośnie. – A odważni są niemożebnie, nie potrzebowali ode mnie praktycznie żadnej pomocy. Mają mój szacunek. No i zdobyć przychylność Wenus to też nie jest znowu taka łatwa sztuka. Ona, wbrew pozorom, wcale nie jest taka ślepa, ta nasza Miłość.
– Serio? Czasem w to wątpię… – mruknął Bachus, bacznie przyglądając się wysokiemu Luzowi, podrywającemu jego siostrę. – No cóż, najwyraźniej tak to wszystko musiało się skończyć. A, niech mają… – machnął ręką zrezygnowany bóg wina i wsiadł do swojej łodzi, której stały i w zasadzie jedyny ekwipunek stanowiły amfory.

– Staromodny jesteś z tą gliną – zauważył Mars. – Machnij sobie parę beczek wina na próbę, są naprawdę niezłe, no i beczki nie tłuką się w podróży.
– Dobra, dobra. Daj mi na chwilę wrócić do mojej strefy komfortu – mruknął Bachus, odpływając w kierunku wyspy Paros.

Kiedy zmęczony doczłapał się w końcu do swojej położonej na wzgórzu świątyni, rozsiadł się na wysłużonym kline. Wziął duży łyk chłodnego, białego wina. Na zewnątrz dziesiątki cykad śpiewały swoją miłosną pieśń.

„Cykady na Cykladach….” – zaczął nucić pod nosem Bachus, odpływając coraz dalej na chmurce winnego upojenia. Nie był bowiem Bachus bóstwem zawziętym, które potrafiło długo się denerwować. Wino ma tę niezwykłą właściwość, że czasem pozwala zapomnieć o przyczynie stresu.

– Hmm… „cykady na Cykladach” – powiedział do siebie już zupełnie zrelaksowany Bachus – to brzmi całkiem nieźle. Ktoś to powinien zaśpiewać!”

Wypiwszy kilka kielichów lekkiego białego wina, stwierdził:
– Czas na osłodę tych wszystkich trudów. O, co my tu mamy? Proszę, proszę, cały literek! – zawołał z zadowoleniem.

Niepoort Nat Cool TRUDY The True Ruby Porto

Nozdrzy Bachusa dosięgły aromaty suszonych ziół śródziemnomorskich, czereśni i najrozmaitszych przetworów z wiśni, śliwek i owoców leśnych. Balsamiczna tekstura i subtelne ciepełko miło mościły się na języku. Wino było żwawe i lekkie, a zarazem miękkie i kojące w swojej słodyczy.

„Tego mi było trzeba…” – pomyślał pogrążający się w coraz większym błogostanie Bachus.

Niepoort Nat’Cool TRUDY The True Ruby Porto
Niepoort Nat’Cool TRUDY The True Ruby Porto
Niepoort Nat’Cool TRUDY The True Ruby Porto

* Adamastor to stworzona przez Luísa de Camõesa na potrzeby „Luzjad” mitologiczna personifikacja Przylądka Dobrej Nadziei i potężnych sił natury, z którymi musieli mierzyć się Portugalczycy w trakcie niebezpiecznej wyprawy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: